Dziecka nie będzie. Choćbyście się leczyli czterdzieści lat

Fundacja Małych Stópek

Fundacja Małych Stópek

Fundacja Małych Stópek powstała 5 kwietnia 2012 r. w Szczecinie. To jednak data jedynie formalnego zatwierdzenia działań organizacji, którą tworzą osoby od wielu lat zaangażowane na rzecz obrony wartości ludzkiego życia, od poczęcia do naturalnej śmierci oraz godności jego przekazywania. Początkowo ich głównym celem, była organizacja Marszu dla Życia w Szczecinie oraz promocja duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Obecnie działania Fundacji mają znacznie szerszy zakres – obejmują całoroczną formację i edukację młodzieży, kształtowanie opinii publicznej oraz pomoc matkom, które zrezygnowały z zamiaru aborcji i urodziły swoje dziecko. Działania te, dotyczą nie tylko terenu Szczecina, ale i całej Polski, a wiele inicjatyw ma zasięg międzynarodowy.
Fundacja swą nazwę zaczerpnęła od istniejącego w przestrzeni wirtualnej Bractwa Małych Stópek (BMS), powołanego do życia przez ks. Tomasza Kancelarczyka. Bractwo nie jest strukturą formalną. To inicjatywa, zrzeszająca w sposób nieformalny (w internecie) kilkadziesiąt tysięcy obrońców życia z całej Polski, a także spoza jej granic. Jej celem jest dzielenie się informacjami, dotyczącymi obrony życia oraz aktywizowanie do działań pro-life wszędzie tam, gdzie są członkowie Bractwa.
Fundacja Małych Stópek (FMS) w odróżnieniu od Bractwa, stanowi strukturę formalną. Dzięki wsparciu Darczyńców, FMS może nieść konkretną pomoc poszczególnym osobom.

Dziecka nie będzie. Choćbyście się leczyli czterdzieści lat

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest

Kiedy Ludmiła zobaczyła na teście ciążowym dwie kreski, nie mogła w to uwierzyć. Lekarze już dawno pozbawili ją złudzeń.– Lekarz zapytał o imię dziecka. – Łucja – odpowiedziałam. Bo była męczennicą z Syrakuz, która miała przepiękne oczy, a malutka ma przepiękne oczy. Ale jest i druga patronka – Łucja z Fatimy, bo to dziecko wymodlone na różańcu. Wymodlone. Nikt nie wierzył, że się uda. Gdy powiedziałam lekarzowi, że jestem w ciąży, nie uwierzył. Wcześniej jego kolega powiedział nam wprost: Możecie czterdzieści lat się leczyć, a dziecka nie będzie.

Ludmiła Jaskułowska rozkłada albumy, bo chce pokazać, jak wyglądała córeczka tuż po urodzeniu, gdy była maleńką kruszynką, pachnącą i cudną… A tu wygląda jak mnich buddyjski pogrążony w kontemplacji – komentuje. – Pan Bóg musi mieć do człowieka ogromne zaufanie, skoro powierza mu taką kruszynkę…

„Cześć” z nadzieją na ciąg dalszy

To romantyczna historia, choć musiało upłynąć trochę czasu, nim „zatrybiła”. Ludmiła urodziła się w Samborze na Ukrainie, pochodzi z polskiej rodziny, która przekazała jej wiarę, język, kulturę. Na studia przyjechała do Krakowa, korzystając ze stypendium polonijnego. Kraków był świadomym wyborem – chciała uczyć się i mieszkać w tak wyjątkowym mieście. Wybrała psychologię na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Mietek też studiował psychologię i mieszkał w mieszkaniu babci po drugiej stronie ulicy, niemal naprzeciwko jej akademika. Na zajęcia jechali tym samym tramwajem, więc spotykali się na przystanku, czekali, on zawsze mówił jej „cześć”. A Ludmiła się odkłaniała i dalej nic się nie działo. Aż na trzecim roku koledzy wystawiali „Małego Księcia”. Na pierwszą próbę jej przyszły mąż wszedł do sali i na nikogo nie zważając, podszedł prosto do niej i zapytał: A ty kogo tu grasz?

Dopiero teraz zaczęła się ich wspólna opowieść. Dziewczyna zorientowała się, że on już dawno jej wypatrywał, bo mu się bardzo podobała, mówił „cześć” z nadzieją na ciąg dalszy. Pobrali się w św. Annie w Krakowie, jej ulubionym kościele. Ludmiła skończyła jeszcze dziennikarstwo w Warszawie. On pracuje jako psycholog, ona pracowała w TVP2, obecnie prowadzi firmę reklamową. Mieszkają na nowoczesnym osiedlu, na weekendy wyjeżdżają nad morze lub zagranicę, mogą mówić o sukcesie zawodowym i finansowym.

Trudne słowa

Najpierw jest wyczekiwanie. Mija rok po ślubie, drugi, jest wypatrywanie, wsłuchiwanie się we własny organizm. Zaczynają się wątpliwości i pytania. Szukanie informacji w Internecie. Trzy lata, cztery po ślubie… Wizyty u lekarzy i badania, nieskończona ilość badań, jego i jej. I kolejne pytania, badania. I od nowa wyczekiwanie.

W końcu diagnoza. Hiperprolaktynemia – tym chłodnym medycznym terminem określa się przyczynę, z powodu której nie mogła zajść w ciążę. W końcu ustalili – Ludmiła ma guza – mikrogruczolaka w przysadce mózgowej, która odpowiedzialna jest także za produkcję prolaktyny w organizmie, w efekcie jej poziom jest znacznie wyższy niż normalnie, a to działa jak środek antykoncepcyjny.

Wiedzą już rodzina i znajomi, nie wszyscy znają szczegóły, ale wiadomo, że się coś dzieje. – Szukaliśmy specjalisty, ale nikt nie dawał szansy… – wspomina Ludmiła. To na tym etapie padły słowa wbijające w fotel. – Możecie przychodzić nawet czterdzieści lat… i dziecka nie będzie. In vitro? – Nie wchodziło w rachubę, było poza horyzontem ich myślenia.To Bóg daje dziecko

W czwartym roku małżeństwa zaczął się kryzys, coś się między nimi psuło i zazgrzytało. W tym samym czasie wstąpili na Drogę Neokatechumenalną i zaczęli we wspólnocie czytać Pismo Święte. I przeżyli olśnienie, bo zaczęli odnajdywać się w postaciach biblijnych.

Słuchali o bezpłodności i tęsknocie Abrahama i Sary, Zachariasza i Elżbiety. I nadziei, która nigdy nie opuszcza kobiety i mężczyzny. Dzięki Biblii zrozumieli, że mogliby obejść wszystkich lekarzy świata, a i tak to Bóg daje dziecko, bo On jest dawcą życia.

Zaczęli się modlić na różańcu. Wieczorami. Mietek był znacznie bardziej wytrwały od niej, bo ona odpadała i zasypiała, a on się modlił, modlił i modlił. Napisali list do Jana Pawła II – adres: Niebo. Koleżanka zawiozła go do Watykanu i położyła na płycie grobu Wielkiego Rodaka – Orędownika Rodzin. Przez telefon przekazała: „Miejcie nadzieję w Panu! Włoszki ją mają i po urodzeniu dziecka zostawiają malutkie dziergane buciki na grobie Jana Pawła II, po tym jak wbrew wszystkiemu zajdą w ciążę!”.

Zgłosili się do Ośrodka Adopcyjnego przy ulicy Grochowskiej w Warszawie. Byli gotowi zostać rodzicami adopcyjnymi.

Cud, a właściwie wyjątek w medycynie

We wspólnocie neokatechumenalnej mówili o swoim życiu, dawali świadectwo. Któregoś dnia byli w kościele we Włochach. Po wyjściu zatrzymała ich nieznajoma kobieta i powiedziała: Czy byliście u doktor Beaty Śladowskiej?

To bardzo ważne, do jakiego lekarza się trafi. Gdy weszła do gabinetu, Ludmiła zdziwiła się, że nie ma w nim fotela ginekologicznego. Okazało się, że polecona lekarka jest endokrynologiem. I zażyczyła sobie stanowczo, żeby przy rozmowie był obecny mąż. Bo to jest problem pary, a nie kobiety i mężczyzny z osobna – wyjaśniła. Zorientowała się w sytuacji i stwierdziła, że nie daje nadziei, ale spróbuje ten problem ruszyć, czyli oszukać mózg. Przepisała Ludmile amerykański lek, skrupulatnie dawkowany. Wizyta odbyła się w październiku.

Po pół roku, w kwietniu, na teście ciążowym zobaczyła dwie kreski! Nie uwierzyła. Zrobiła kolejny test. I znowu pojawiły się dwie kreski. Stał się cud, po prostu cud. – A właściwie nie cud, a wyjątek w medycynie. I mikrogruczolak na przysadce nie był ku śmierci, a ku chwale Pana.

Lekarze też nie uwierzyli, gdy zgłosiła się do szpitala z tak nietypową ciążą, ze swoim wyjątkiem medycznym. Czuła się znakomicie. Jakie imię da pani dziecku? – spytał położnik, gdy już rodziła. – Łucja – odpowiedziała. – Jak będzie pani na nią mówić? – dociekał. Łucyjka, Łucyjeczka – odpowiedziała. Urodziła się 9 stycznia, w Godzinie Miłosierdzia. I w imieniny Marcjanny. Takiego imienia pragnął Mietek dla córeczki, żeby uczcić prababcię.

Lata chude, lata tłuste

Ludmiła jest bardzo aktywna. Opiekuje się córeczką, prowadzi firmę, bierze udział w spotkaniach mam, które odbywają się przy parafii. Udziela porad psychologicznych matkom oraz tym, które matkami bardzo chcą zostać, ale mają trudności.

I głoszą z Mietkiem świadectwa. Ludmiła nie może tego nie robić. Doskonale pamięta chwilę olśnienia, kiedy zrozumiała, że wszyscy lekarze świata nic nie pomogą, bo jedynym dawcą życia jest Bóg. I gdy powiedziała Mu: Niech się dzieje tak, jak zechcesz, przyjmę każdą Twoją decyzję. Punkt zwrotny, gdy człowiek daje Bogu wolną rękę.

Łucyjka urodziła się po siedmiu latach małżeństwa. Ludmiła mówi, że było to siedem chudych lat. Kolej na lata tłuste, bo Dawca życia niesamowicie im zaufał.

źródło: aleteia.pl

Share on facebook
Facebook
Share on google
Google+
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on pinterest
Pinterest

Zobacz więcej:

Zapisz się na Newsletter i otrzymaj od nas DARMOWY PREZENT!

Uzupełnij poniższy formularz i dołącz do naszego newslettera w zamian wyślemy Ci bez żadnych Twoich kosztów międzynarodowy symbol obrońców życia, stópki 10 - tygodniowego nienarodzonego dziecka w ich naturalnym rozmiarze.

Zostań Ambasadorem

Dołącz do bractwa